0 In Indonezja/ Podróże

Kwarantanna na Bali

kwarantanna na baliBali nie brzmi już może tak jak kiedyś- jako nieosiągalne marzenie o egzotyce dostępne tylko dla wybranych. Zrobiło się oklepanym kierunkiem i trudno temu zaprzeczyć. Co roku przylatuje tu na urlop 5 milionów turystów. Dla Polaków stało się, zaraz po Tajlandii, jednym z najchętniej wybieranych kierunków dalekich podróży.

Turyści na baliCzy chciałam więc tu przyjechać na wakacje- mówiąc szczerze- nie!

Pamiętam, kiedy moja koleżanka ze studiów opowiadała o swojej podróży poślubnej na Bali, umierałam z zazdrości. Ale to było 10 lat temu, zanim jeszcze zaczęłam podróżować. Teraz, po zwiedzeniu setek miejsc na świecie i kilku jednodniowych pobytach na Bali z pracy, wcale nie było mi tutaj aż tak bardzo po drodze.

Wiecznie zachmurzone niebo, plaże z czarnym piaskiem wiecznie zatłoczone przez turystów, kolor wody jak w Bałtyku, wilgoć w powietrzu. Znam już trochę kulturę Azji i chciałam doświadczyć czegoś nowego. W planie miałam Kubę lub Nową Zelandię.

Wybraliśmy więc Bali tylko dlatego, że urlop zbliżał się wielkimi krokami a rozwijająca się na świecie epidemia koronawirusa trochę zaczynała już krzyżować wszelkie plany wakacyjne. Bali okazało się po prostu najbezpieczniejsze- zero przypadków zachorowań i bezpośredni lot.

Sytuacja na bali w czasie pandemii covid-19No i dobra czy odczarowałam jednak Bali czy też się nie myliłam?

W sumie to się nie myliłam- Bali nie przeszło jakoś wybitnie moich oczekiwań, ale mimo wszystko polubiłam to miejsce i rzeczywiście zaznałam trochę spokoju. Jestem tu już od miesiąca i z każdym dniem coraz bardziej mi się podoba.

Bali w czasie pandemii70% mniej turystów

Chwilę po przylocie, już w taksówce, dowiedzieliśmy się od kierowcy, że obecnie na Bali jest tylko 30% turystów w porównaniu z tym co zazwyczaj. Trochę nie ma się co dziwić bo na Bali do tej pory zaraz po Australijczykach, najwięcej było zawsze Chińczyków. Podobno miesięcznie przyjeżdża ich tutaj około 20 tysięcy! Tak więc Chińczycy dostali zakaz wjazdu, wielu turystów innych narodowości po prostu się wycofało z wakacji na wszelki wypadek i pozostała garstka takich śmiałków jak my! Szczerze mówiąc dla mnie i tak turystów było zatrzęsienie więc wolę sobie nie wyobrażać jak jest przy 100% obłożeniu.

Czy na bali są turyści Ale tak było na początku wyjazdu. A teraz po zamknięciu granic Indonezji została już tylko garstka  niedobitków. Wśród nich głównie Włosi i Hiszpanie, nie wiedzieć czemu, i my- rezydenci ZEA, których nie chcą wpuścić z powrotem do swojego kraju.

W dodatku na Bali przestraszyli się trochę wirusa, bo z 1 przypadku zrobiło się 19, i zaczęli wprowadzać środki prewencyjne.

Zamknięte plaże

Zaczęło się od zamknięcia sklepów z ubraniami. Niewielka strata. Potem po kolei zaczynały się zamykać restauracje, kawiarnie. Dalej tragedii nie było i nie ma, bo jeszcze kilka z nich działa a część po prostu serwuje na wynos. Tragedia jednak pojawiła się w innym miejscu a mianowicie wzdłuż wybrzeża, gdzie postanowiono zamknąć wszystkie plaże. Zaczęło się od głównych gdzie zawsze było najwięcej turystów. Najpierw postawiono znak „plaża zamknięta”. Dla ludzi zachodu zakazy są po to, żeby je łamać, więc nikt się tym znakiem specjalnie nie przejął. Następnego dnia doszedł więc płotek. No cóż- przejść pod płotkiem też nie trudno. Więc kolejnego dnia wejście na plażę wyglądało już tak:Zamknięte plaże na bali

Surferzy w natarciu

Nawet i takie „zaplombowanie” plaży nie przeszkadza jednak największym miłośnikom morza czyli surferom. Codziennie od godziny 6 rano plaża jest ich pełna, bo dla każdego surfera dzień, którego nie rozpoczną „na fali” to dzień stracony. Nie wiem dlaczego, ale za sprawą Mata i ja wdałam się w ten „nielegalny” proceder chodzenia codziennie rano, o chorych porach, na plażę. Raz na jakiś czas zdarza się, że przyjeżdża policja i z gwizdkami przegania towarzystwo, ale ponieważ nie ma żadnych większych konsekwencji, no to jest tak jest i ci raz wygonieni wracają następnego dnia. Tu po prostu nikt nie boi się korony, żeby włączać zdrowy rozsądek i samemu z siebie powstrzymywać się od wychodzenia.

Zamknięte fabryki czekolady!!!

Sytuacja turystów za granicą w czasie pandemii Na Bali jest oczywiście więcej atrakcji niż tylko plaża. Jednak jak możecie się domyślić, większość z nich jest po prostu zamknięta. Obowiązuje zakaz wstępu do świątyni, do fabryk czekolady (najgorzej!), na przystosowane dla turystów pola ryżowe, nie można się pobujać na słynnych balijskich huśtawkach, zamoczyć z świętych źródłach ani nawet wodospadach, odwiedzić małpiego gaju czy wejść na wulkan. Część zakazów da się obejść, choć nie wszystkie. Z jednej strony emocje towarzyszące temu, że robimy coś nielegalnie nie należą może do najprzyjemniejszych, ale z drugiej fakt, że nie otacza nas chmara turystów i możemy w spokoju podziwiać piękno Bali jest cudowny. Co weekend więc wsiadamy na nasz motór- czyli ten zajechany z lekka skuterek- i zwiedzamy wyspę na tyle na ile się da. I jest fajnie, mimo, że sporo atrakcji musimy pominąć!

Gdzie ten spokój?

W wielu źródłach czytałam, że ludzie przyjeżdżając na Bali nastawiają się na doświadczenia duchowe jakie miała Julia Roberts w ekranizacji „Jedz, módl się, kochaj” a potem wyjeżdżają niezmiernie niepocieszeni i rozczarowani, że wcale nie było tak jak w filmie. Bo zamiast spokoju i wytchnienia od codzienności otaczał ich tłum turystów, dźwięki międzynarodowej muzyki z barów, markowe sklepy, pełne plaże, śmieci, spaliny skuterów i generalnie wszystko co z wyciszeniem się nie kojarzy. Ja też w pierwszym tygodniu urlopu tego wyciszenia również nie zaznałam. Ale tak to jest jeśli jedzie się do Canggu, Kuty czy nawet tego legendarnego Ubudu, który od czasu sukcesu „Jedz, módl się..” zrobił się balijskim Władysławowem i na próżno tam szukać spokoju.

Dalej nieodnaleziony

Żeby go poczuć trzeba zapewne spędzać czas z Balijczykami a nie turystami. Pożyć trochę ich rytmem, w zgodzie z naturą. I przede wszystkim mieć do tego odpowiednią osobowość albo być dobrze na takie duchowe oczyszczenie przygotowanym. Ja takiej osobowości nie mam, bo spokoju nie umiem zaznać mimo, że jestem tutaj już miesiąc!

Przejęłam wprawdzie trochę tutejszy rytm życia- pobudki z kogutem i wczesne chodzenie spać, mieszkanie na wsi w otoczeniu natury, spacery nad morze. Codziennie widzę też radosne i uśmiechnięte twarze Balijczyków, które nastrajają mnie pozytywnie i czasem zmuszają do refleksji-dlaczego ja tak często jestem nie w humorze? Od nich czuć taką naturalną radość z życia, widać, że potrafią doceniać to co w okół nich.

Małpy na bali Moje jedyne zajęcie to odpoczywanie. I mimo to ja nadal nie umiem się skupić na medytacji, nie potrafię się w pełni zrelaksować i czuję wieczny niepokój, jakby to moje odpoczywanie to było coś złego. Mam nadzieję, że zdołam się jednak jeszcze czegoś tutaj nauczyć. Póki co, skoro samo przebywanie tutaj nie pomaga, oddaje się lekturom psychologicznym licząc, że nadal jest dla mnie jakaś szansa;) Zobaczymy na koniec wyjazdu.

Sposób myślenia Balijczyków- BALANS!

Gdzie odnaleźć spokój Najważniejsza nauka, jaka przydałaby się każdemu, to akceptowanie rzeczy od nas niezależnych oraz umiejętność znajdowania w życiu równowagi. Balijczycy to potrafią. Owszem wyspa wygląda kolorowo na obrazkach ale nikt nie kojarzy tego wakacyjnego raju z miejscem tak częstych klęsk żywiołowych. A dzieje się tu niemało bo są wciąż aktywne wulkany, które co jakiś czas dają o sobie znać. Wybrzeża nawiedzają tsunami pustoszące okoliczne zabudowania. Nierzadkie są też trzęsienia ziemi. Ostatnie miało miejsce 3 tygodnie temu. (Ja oczywiście nie poczułam, gdyż smacznie spałam a mnie ze snu nie jest w stanie wybić nawet trzęsienie ziemi;)

Ale wracając do tematu – Balijczycy nie użalają się nad sobą, jacy to oni biedni, że takie klęski ich nawiedzają, tylko przyjmują to jako coś oczywistego. Wiedzą, że życie ma swoje cykle i raz jest dobrze a raz jest źle. Wiedzą, że ani dobrze, ani źle nie może trwać wiecznie i co jakiś czas musi zamienić się miejscami. To balans- tak dobrze znany hinduistycznym joginom a tak trudny do zrozumienia i zaakceptowania dla nas.

A co w tym czasie w Dubaju?

A no dzieje się! Albo chyba raczej… nic się nie dzieje! Dobrze, że utknęliśmy tutaj bo w Dubaju obrazy z filmów fantasy: ludzie w strojach kosmonautów dezynfekują ulice i przestrzenie publiczne więc obowiązuje totalny zakaz wychodzenia z domu. Pomagają im w tym drony latające po mieście. Tak w takich chwilach, mimo, że jestem człowiekiem miejskim, to cieszę się z mojego wiejskiego, spokojnego życia;)

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply