Tajwan

Made in Taiwan

3 lipca 2016

imageMałe opóźnienie w relacji z Tajpej spowodowane tym, że się wzięłam i pochorowałam po ostatnim locie. Muszę popracować nad kondycją bo nie jestem przyzwyczajona do takiej ciężkiej pracy;) Żarty żartami, ale praca na pokładzie jest naprawdę męcząca.

Tak więc przenosimy się na Tajwan. Nie mam porównania z Chinami, więc nie mogę powiedzieć, żeby Tajwan jakoś diametralnie różnił się od Chin, ale chodzą pogłoski, że to dwa rożne światy. Porównam pod koniec lipca, po locie do Pekinu, a póki co, szybkie spojrzenie na stolice Republiki Chińskiej. Bo jak wiecie Tajwan jest niepodległy i jest wolnym krajem w odróżnieniu od Chińskiej Republiki Ludowej czyli Chin znanych powszechnie jako Chiny i zajmujących pół Azji na mapie;) Niestety jednak niepodległość Tajwanu nie jest powszechnie uznawana, tylko kilka krajów na świecie ją uznaje i nie ma wśród nich Polski.

Ekskluzywna restauracja

imageNa początek zaraz po przyjeździe do hotelu szybko zdecydowałyśmy z czterema koleżankami, że należy coś zjeść, aby nie paść z wycieńczenia po locie. Większość załogi, która była już w Tajpej, z Kapitanem na czele, rekomendowali aby wybrać się do popularnej wśród turystów restauracji Modern Toilet. No cóż… Tajwańczycy znani są z bogatej wyobraźni, a skoro mają taką atrakcje dla turystów to można sprawdzić co tym razem wymyślili. Jeśli chcecie to dziwo zobaczyć na żywo, to skoczcie tam na piwo, bo jedzenie nie jest może złe, ale też nie powala na kolana. A piwo serwują w takich kufelkach:

imageGeneralnie świetny pomysł na biznes, restauracja zrobiona małym kosztem, żeby nie powiedzieć tandetna i tania, ale za to przyciąga naiwnych turystów, którzy przychodzą i płacą:)

imageTak jak na przykład my. Gówniana z niej atrakcja ale co tam;)

Nocny bazar Shilin

imageStąd dwa kroki na nocny market Shilin. Patrząc później na mapę zauważyłam, że właściwie na każdym kroku jest jakiś nocny market, ale ponieważ recepcjonista w hotelu skierował nas tutaj, to obstawiam, że ten jest jakiś główny, albo może chociaż oferuje lepsze towary, albo porostu płaci hotelowi prowizję za kierowanie tam turystów:) Bazar jak bazar. Mówiłam Wam już, że nie lubię bazarów, ale jednak zawsze tam chodzę licząc na jakiś lokalny smaczek. Tym razem się przeliczyłam, bo co jak co, ale tajwański bazar to dokładnie to samo co były Jarmark Europa. Wszystko w końcu Made in Taiwan wiec czym niby mogłoby się różnic? Podróby wszystkich marek świata i trochę tandety bezmarkowej. Ale za to kupiłam tutaj takie mango jakiego w życiu nie jadłam, o mało nie padłam z zachwytu, że mango może tak smakować.

imageA no i jeszcze jedna miła niespodzianka, a mianowicie pierwszy od dwóch miesięcy deszcz. Nigdy nie sądziłam, że deszcz sprawi mi tyle radości;)

Nasz hotel

imageDobrze, to po nocnym locie, poprzedzonym zaledwie dwoma godzinami snu, oraz wizycie na bazarze czas się położyć w naszym ekskluzywnym hotelu:) Tak, tajwański Sheraton jest bardzo ładny, położony w doskonałej lokalizacji przy głównej stacji metra i oferuje pyszne śniadania. Ma też na pewno dużo innych plusów, ale nie miałam czasu sprawdzić, bo praktycznie w ogóle mnie tam nie było.

Ulice Tajpej

imageOd rana bowiem wybrałyśmy się na spacer ulicami miasta, żeby trochę wczuć się w klimat. Ulice są raczej małe i wąskie, spodziewałam się wielkiej metropolii.

imageWokół jest głośno, kolorowo,

imagew powietrzu specyficzny zapach, który na skali zapachów raczej umieściłabym bliżej smrodu, ale nie ma tragedii, ludzi na ulicach dużo, sporo samochodów, ale chyba głównym środkiem lokomocji są skutery.

imageLudzie jeżdżą na nich w całych kawalkadach, na początku myślałam, że to jakiś zlot albo co, ale po pierwsze zdecydowanie ich za dużo, a po drugie wszyscy zmierzają w rożnych kierunkach. Kolejna rzecz jaka mnie zszokowała, ale pozytywnie oczywiście, to kolejki do autobusów!

imageNa stacjach metra zresztą to samo, ludzie stoją przed wagonem w wyznaczonych liniach i wszystko chodzi jak w zegarku, szczególnie porównując to z warszawskim, albo co gorsza, dubajskm metrem- w którym, jeśli nie jedziesz różowym wagonem przeznaczonym tylko dla kobiet, to nie nie istnieją żadne zasady, no może poza jedną- kto większy i szybszy- ten lepszy. W Tajpej zasady obowiązują w kolejce do autobusu, ale niestety już nie na przejściu dla pieszych. Tutaj niezależnie czy zielone czy czerwone, lepiej mieć oczy dookoła głowy. Zielona strzałka jest dla kierowców sygnałem ze mogą skręcać, a nie, że należy się wcześniej zatrzymać i sprawdzić czy na pasach nie ma pieszych;) Za to mijani po drodze mieszkańcy miasta są pomocni, uśmiechnięci, chętnie wskażą drogę, komunikują się po angielsku.

imageTak spacerując po centrum, skierowałyśmy w końcu swe kroki w stronę rzeki. Najbrudniejszej jaką widziałam w życiu. Jedna koleżanka wypatrzyła w tych okolicach jakąś świątynię, która okazała się świątynią na środku bazaru. Tego oto za moimi plecami:

imageŚwiątynią… kiczu, jak na moje oko;) Nie polecam się tam wybierać bo nie ma po co. Na dowód kilka zdjeć:

image

image image

imageMetro

imageNastępnie dziewczyny się odłączyły na shopping, więc co mi pozostało, jak nie zwiedzanie dalej na własną rękę. Wsiadłam w metro. Tajwańskie metro jest tanie (bilet kosztuje średnio 2,5 – w zależności jaki odcinek mamy do pokonania), czyste, świetnie oznaczone, na każdej stacji jest zresztą budka z informacją więc nie ma szans się zgubić. No i przede wszystkim ta kultura wsiadania i wysiadania! Naprawdę nie mogę wyjść z podziwu.

Grobowiec Czang-Kai szeka

imageMetrem udałam się do Grobowca Czang Kai-szeka, przywódcy Chin, który po zamachu stanu przez Mao Zedonga, musiał ewakuować się na Tajwan. Dzięki jego staraniom Tajwan pozostał terytorium niezależnym od Chińskiej Republiki Ludowej za co wzniesiono mu pośmiertnie, w 1975 roku, pomnik:) I oto właśnie on:

image

imageMiałam też szczęście trafić na zmianę warty, która jak każda zmiana warty po minucie robi się strasznie nudna, oraz na brygadę małych chłopców ćwiczących wymachiwanie brodą pod okiem instruktora.

imageZrobili fajne show, jeśli mnie obserwujecie na Snapchacie to widzieliście- fulltimeholiday;) Mam przy tym nadzieje, że to świadomy wybór tych chłopców i nikt ich nie zmusza do tych ćwiczeń w 35 stopniowym upale i chyba stuprocentowej wilgotności powietrza.

imageTutaj poznałam też dwie szalone Koreanki z którymi popstrykałyśmy sobie trochę fotek;)

image

Taipei 101

imageAni on ładny, ani oryginalny, ani nawet jakoś szczególnie wysoki, ze światowej czołówki drapaczy chmur wypadł bowiem już jakiś czas temu. Z zasadzie charakteryzuje go to, że spośród budynków na Tajwanie jest najwyższy. No ale cóż, atrakcja to atrakcja, trzeba iść zobaczyć:)

imagePodjechałam wiec metrem, natrzaskałam fotek, kupiłam po drodze najpopularniejszą tajwańską herbatę, która mieszkańcy wyspy raczą się na każdym kroku, czyli oolong tea i w pośpiechu wróciłam do hotelu, żeby jeszcze z godzinkę się przespać przed lotem. A no i po drodze oczywiście się zgubiłam, jak to ja, bo przejście przez główne tajpejskie skrzyżowanie graniczy z cudem, nie da się górą a dołem też okazuje się to wcale nie takie proste.

Poza centrum

image W drodze z i na lotnisko też miałam okazję trochę poobserwować ulicę i czym dalej od centrum tym niestety brzydziej, brudniej i biedniej. Część z tych bloków wygląda tak samo jak pozostałości z czasów komunizmu w Europie. Jest trochę szaro, buro i ponuro.

imageNo i to by było na tyle wrażeń jak na jeden dzień. Wpadnijcie do Tajpej przelotem, ja osobiście dłuższych wakacji bym tutaj nie planowała, choć wiem, że poza miastem jest trochę miejsc wartych zobaczenia, więc na kilka dni na pewno warto.