Emirates

Cabin crew, prepare to take-off

9 maja 2016

Zaliczyłam właśnie pierwszy egazamin z wynikiem 100%. Jeee! Żadna sytuacja zagrożenia już mi nie straszna. Jest szansa, że jeśli będę obsługiwać Wasz lot to nie zginiecie od razu. Z tej okazji podzielę sie trochę tym, czego sie nauczyłam.

Zacznę od tego, ze zajęcia są naprawde super prowadzone. W poprzednim poście widzieliście filmik jak to wszystko wygląda. Uwierzcie… cała ta maszyneria urywa co ma urywac;)

Symulatory

Codziennie mamy zajęcia w symulatorach. Są tej samej wielkości co prawdziwe B777 i A380 tylko o kilka… no kilkadziesiąt może, rzędów krótsze. Ale poza tym w zasadzie wszystko jest w nich prawdziwe. Można wszystkiego, dotknąć i ponaciskać a nawet wejść do kokpitu i tam też ponaciskać wszystkie guziki;D Nie muszę chyba mówić, że to było pierwsze miejsce do którego skierowałam swe kroki. Tak moi drodzy, siedziałam już na miejscu Kapitana i Pierwszego Oficera! A gęba mi się cieszyła z tej okazji od ucha do ucha;)))

Wracając do kabiny… w oknach są zamontowane ekrany na których wyświetlają się różne scenariusze lotu- start, lądowanie, wodowanie, pożar silnika, lot w pięknych okolicznościach przyrody, jak i w trochę gorszych. Samolot się rusza, jak są turbulencje to lepiej szybko zająć miejsca, żeby się nie przewrócić, a jak szybko obniżamy wysokość to jest jazda na roallercoarterze. Tylko jedna rzecz jest nieprawdziwa- dzieci na pokładzie. A w zasadzie koszmarnie brudne i zużyte lalki z urwaną dłonią i dorobionym długopisem make-upem;) No ale nic- trzeba kochać jak swoje i mocno je tulić do piersi jak występują nieoczekiwane turbulencje.

Codziennie odgrywamy różne scenariusze. Do tej pory wszystkie wiązały się z sytuacjami kryzysowymi: turbulancje, dekompresja, pożar na pokładzie, ewakuacja samolotu, wodowanie. Nie ukrywam, że zabawy przy tym jest sporo, ale jednak trzeba się przy tym nauczyć masy procedur, co po czym następuje, jakie komunikaty od kapitana albo szefa pokładu co oznaczają i jak na nie reagować, jak współpracować w grupie i jak przekazywać sobie informacje, żeby nie zrobić jeszcze większego bałaganu i nie wywołać paniki na pokładzie. No i tak to latamy z gaśnicami albo ewakuujemy samolot krzycząc w niebogłosy „Open seat belts, leave everything, this way, jump and slide” i jesteśmy przy tym codziennie oceniani z naszych postępów.

Trochę teorii

Ale to co tak naprawdę najbardziej w tym wszystkim męczy to teoria. Bo do nauczenia przed nami są nie tylko zasady operacyjne czy procedury bezpieczeństwa, ale musimy też znać na pamięć obie maszyny łącznie z tym gdzie wyłączyć zasilanie albo gdzie zakręcić główny kurek z wodą, jak uzbroić drzwi żeby przy nieoczekiwanej ewakuacji wysunęła się zjedżalnia ratunkowa, gdzie są pochowane gaśnice, butle z tlenem i inne “gadzety” jak np. pompka filtrująca wodę oraz wiosła (przewidziane na wypadek wodowania pośrodku oceanu… buehehehe…  Tak…i to wszystko po ANGIELSKU… nie pytajcie nawet jak jest pompka filtrująca… Do tego, w ciągu najbliższych tyogdniu dojdzie jeszcze pierwsza pomoc, serwis i parę innych. Generalnie mam 6 tygodni, żeby te dwa wielkie tomiska znalazły się w mojej głowie…

imageWish me luck.

Survival

Przygotowują nas od razu i na najgorsze. Tak wiec gdyby sie okazało ze po kraksie samolotu jakims cudem wyjdziemy z tego cało ale wyładujemy na środku oceanu, pustyni, dżungli lub gdzies wysoko w górskich śniegach to żadne warunki juz mi nie straszne. Na pustyni wykopie po prostu wielki dół gdzie znajdę cień, jedna tratwę ratunkowa rozstawie pustą w razie jakby moze spadł deszcz zeby było co pic a głowę owine kocem co pozwoli mi uniknąć udaru:) w dżungli bede natomiast podpatrywać co jedzą zwierzęta i dzieki tym obserwacjom bede wiedziała co nadaje sie do jedzenia a co nie- skoro zwierze nie chce to dla ludzi też sie na pewno nie nadaje (oczywiscie przy założeniu ze wczesniej mnie nie zjedzą). A na środku oceanu co zrobie??? Wyjmę pompkę i przepompuje sobie wode tak zeby była zdatna do picia. I użyje wioselka aby odsunąć tratwę ratunkowa z 60 osobami od szczatkow samolotu. Ale spokojnie, przy odrobinie szczescia moze uda sie uratować bo wiem juz jak używać urządzeń sygnalizujących. Tyle w temacie przetrwania. Gdybyscie mieli pytania to dzwoncie;p

Wodowanie

13131221_10155365337913504_5006475101535559472_oTrochę się tutaj w tym temacie zawiodłam bo liczyłam na więcej funu. Skakaliśmy w kamizelkach ratunkowych do zimnej wody i uczyliśmy się jakie pozycje najlepiej przyjmować, aby jak najdłużej utrzymać ciepło w organizmie. Pozycja nr 1- zwinięcie się w kulkę i pozycja nr 2- grupowe przekazywanie sobie ciepła…. haha pozostawię to waszej wyobraźni;)

Poza grupowym przytulaniem pod wodą pokazali nam jeszcze jak rozbić namiot na tratwie ratunkowej a potem było więcej suszenia i przebierania niż całej tej kąpieli.

13173063_10155365332618504_2656313800082985921_oGaszenie pożaru

Tutaj było zdecydowanie najwięcej zabawy. Najpierw lataliśmy ze sztucznymi gaśnicami po całej kabinie i gasiliśmy wyimaginowane pożary. Wyglądało to może jak bieganie na oślep, ale otóż nie… do gaszenia pożaru wymagana jest także specjalna procedura operacyjna. I to za każdym razem inna, w zależności od tego co się pali. Inaczej walczymy z płonącym koszem na śmieci w toalecie, inaczej z płomieniami w piekarniku a jeszcze inaczej z wybuchem baterii jonowej. Ale do każdego pożaru potrzeba zawsze 3 osób- firefightera, jego back-upu i komunikatora, który na żywo przekazuje pilotowi świeże informacje z pola walki. Wszyscy przy tym krzyczą wniebogłosy pod przykrywką „przekazywania sobie informacji”;) Trzeba znać też fachowe słownictwo i wiedzieć, że jak skończy się cisnienie w gaśnicy to trzeba krzyczeć „back-up takeover” zamiast „halon kaputt”;) I jak poprawnie trzymać gaśnicę, żeby nam nie wypadła z rąk po drodze i żebyśmy komuś krzywdy nie zrobili;) A no i na koniec tych dantejskich scen jest prawdziwa próba ogniowa. Dostajemy rękawice, okulary ochronne, prawdziwą gaśnicę, zamykają nas w piekarniku przypominającym kabinę i w końcu własnoręcznie gasimy prawdziwy ogień! To już za mną! Ha!;D

Dekompresja

Czyli spadek ciśnienia w kabinie. Są dwa rodzaje dekompresji: powolna i nagła. Uczyliśmy się jak sobie radzić w obu przypadkach: powolna dekompresja to mały pikuś, występuje zazwyczaj jak pęknie szyba i wtedy trzeba jakoś załatać to miejsce i co jakiś czas je monitorować. Gorzej jak nastąpi nagła dekompresja bo wtedy dobiero zaczyna się zabawa. To w przypadku jak zgubimy drzwi albo odpadnie kawałek samolotu;) Wtedy ratuj się kto może. Trzeba szukać najbliższego wolnego miejsca i maski z tlenem. Kapitan obniża gwałtownie i szybko wysokość lotu, bo im bliżej ziemi tym ciśnienie jest wyższe i da się normalnie oddychać. Tu właśnie jest roallercoaster. A po rollercoasterze trzeba wrócić do obowiązków i trzeba wiedzieć jak się do tego zabrać.

Planowana i nieplanowana ewakuacja

13131594_10155365323643504_5130036343308153466_oNie będę już opowiadać ile procedur trzeba zachować zanim otworzy się drzwi z których wysypie się spanikowany tłum. Naprawdę w sytuacji zagrożenia załoga pokładowa musi mieć jasny umysł i zachowywać się jeszcze bardziej racjonalnie niż w normalnych przypadkach. Musimy mieć oczy dookoła głowy i wiedzieć jak się zachować w różnych sytuacjach na pokładzie albo poza pokładem na które nie mamy wpływu. Cała akcja ostatecznej ewakuacji jest lekko przerażająca, szczególnie jak odgrywają ją dla nas na początku nasi instruktorzy, a cała scena jest zaaranżowana na prawdziwą- najpierw wytrząsa samolot, potem gasną światła, za oknem jest pożar, włączają się syreny, otwierają drzwi a sterwardessy krzyczą w niebogłosy z powagą na trwarzach „odpiąć pasy, zostawić wszystko…”

A potem my odgrywamy dramatyczne sceny pamiętając o wszystkich procesach. Byłam też ochotnikiem asystującym przy udanej ewakuacji niedowidzącego pasażera. Ha, oto dramatyczna scena akcji:

Turbulencje

Może się zdarzyć, że trochę powytrząsa podczas lotu i wtedy też musimy wiedzieć co robić. Jak się zachować, kiedy przerwać serwis a kiedy się nie przejmować. A jak jednak trzeba się przejmować to jak potem ogarnąć cały ten bałagan.

Ojjj… można by pisać bez końca… ale muszę niestety przerwać i zabrać się za naukę całego wyposażenia i funkcji Boeinga 777. Już teraz Wam powiem, że moja ulubiona część tego samolotu kryje się pod magicznym skrótem CRC, czyli Crew Rest Compartment, gdzie możemy sobie odpoczywać i spać podczas długich lotów;D

Następnym razem wrzucę też trochę więcej zdjęć. Póki co średnio mamy czas, żeby je robić a telefony musimy mieć raczej pochowane. Ale za to będzie chociaż widoczek jaki mamy codziennie w przerwie na lunch.

IMG_0961Moja współlokatorka Songmi już w przyszłym tygodniu zaczyna latać. Jej pierwszy lot będzie do Perth w Australii… Sama się już tym jaram;) Fanni pracuje od września więc o swoim pierwszym locie już pewnie ledwo pamięta;) Ale ostanio wróciła z Szanghaju na ten przykład. To tak w ramach update’u, że życie poza pustynią też istnieje;)

Ciao!